Chciałbym rano zwlekać się z łóżka, marudząc że znowu trzeba iść do pracy. Chciałbym z resztą ludu pracującego stać w korku rano i po południu. Wszystkim rozpowiedziałem, że szukam pracy, ale obyło się bez echa - wszyscy szukają. Dlatego bilet zabókowany (właśnie sam to spolszczyłem), a za tydzień telefon do biura z pytaniem co, gdzie, z kim i kiedy? Mam nadzieję, że w biurze będzie Christine, bo Shinead to... może bez wyzwisk tym razem...
Plusy dodatnie wyjazdu: porządne zarobki (400 tygodniowo na rękę i podono mają być podwyżki), praktyczne doskonalenie języka, doświadczenie zawodowe (jeszcze tylko 9 miesięcy i będę mógł być szefem wykopu), ogólne doświadczenie życiowe i jakaś tam przygoda oraz możliwość spotkania starych znajomych i poznania nowych ciekawych ludzi.
Plusy ujemne: mogli by płacić 600 tygodniowo, ale szefowa nie mogła by mieć własnego helikoptera. Jeżeli chciałbym wpaść w odwiedziny na kilka dni, to podróż w jedną stronę zajmuje ok. 12 godzin (i tak najszybciej jest przez Berlin), co jest wykańczające. Jak pojadę to nie przyjadę na Gwiazdkę i wiem, że rodzicom będzie smutno (chociaż ja osobiście choinkowych świąt nie celebruję). Zostawię tu swoją tzw. drugą połowę (i ta coś ostatnio się psuje, ale nie o tym teraz) - zobaczymy się najwcześniej na Sylwestra. Nie przepadam za konsumpcyjnym trybem życia Irlandczyków w stylistyce zapierdalającego kapitalizmu, co ma miejsca na Zielonej Wyspie. Praca codziennie od 8:30 do 17:00 na dworze w deszczu i wietrze raczej nie jest przyjemna.
OK, więcej nie będę pisał, bo się tylko zestresuję tym wyjazdem...